niedziela, 25 grudnia 2011

Podsumowanie roku 2011

Najlepsze i najgorsze produkcje A.D. 2011

Najlepsze:
1. MASTODON - "The Hunter"
Płyta roku! Po "Crack the Skye" do zespołu skutecznie przylgnęła etykieta "rock progresywny". Na najnowszy krążku czwórka z Atlanty powraca do radykalniejszego brzmienia z czasów genialnego "Leviathana", ale robi to jeszcze lepiej. Sludge miesza się tu z psychodelią dając taki efekt, że nie powinno być nadużyciem gdy powiem że gdyby King Crimson czy (wczesne) Pink Floyd, zaistnieli 3-4 dekady później, to nagrywali by właśnie takie arcydzieła.
2. DECAPITATED - "Carnival is Forever"
Odrodzeni Krośnianie niezwykle skutecznie przekonują że formuła technicznego, brutalnego death metalu wcale się nie wyczerpała. "Carnival is Forever" to pierwszorzędna mieszanka matematyki Meshuggah, przemysłowej precyzji Fear Factory, gitarowego ducha Dimebaga Darella i starego dobrego Decapitated. Tak świeżo i soczyście w tym gatunku od lat nie brzmiał nikt.
3. MEGADETH - "Th1rt3en"
W ciągu ostatniego dziesięciolecia Dave Mustaine zdążył na dobre pożegnać się ze swoimi nałogami, nawrócić się i generalnie uporządkować swoje życie. Takie radykalne odmiany przynoszą bardzo różne skutki w kwestii artystycznej formy danego muzyka. W przypadku niepokornego rudzielca duchowa metamorfoza wyszła na plus. "Endgame" było albumem genialnym, właściwie najlepszą produkcja po "PS...bWB" i "RiP". "Trzynastka" nieco mu ustępuje, ale to wciąż Megadeth z ogniem.
4. CROWBAR - "Sever the Wicked Hand"
Była chwila niepokoju, czy aby Kirk całej amunicji nie przerzucił na pokład Kingdom of Sorrow (rewelacyjne "Behind the Blackest Tears" z przed roku). Bez obaw. Nowoorleański Łom wciąż morduje!
5. DEICIDE "To Hell With God"
Nigdy nie zaliczałem się do grona sympatyków Pana Bentona. Szczególnie po ostatnim słabiutkim "Till Death Do Us Part", do odsłuchu najnowszego krążka Bogobójców podeszłem z założeniem "przesłuchać i zapomnieć". Niestety Amerykanie wysyłając boga do piekła nie pozwolili mi obojętnie przejść koło tej produkcji. Może być z tego klasyk!
6. EARTH -"Angels of Darkness, Demons of Light I"
Gitarowo-wiolonczelowa hipnoza w wykonaniu pionierów drone doom. Piękne!
7. MACHINE HEAD - "Unto the Locust"
To było trudne zadanie dla ekipy Roba Flynna. 4 lata temu MH postawili sobie poprzeczkę baaardzo wysoko. Co prawda nie osiągnęli, używając nomenklatury sportowej, takiego wyniku, jakim była porywająca "The Blackening", ale pewien poziom zachowali. Maszyna w formie.
8. BLUT AUS NORD - "777 Sect(s)"
Czarodzieje dysonansowego black metalu serwują kolejną dawkę niepokojących kompozycji. Uwaga, może przyprawiać o stany lękowe;]
9. BRUTAL TRUTH - "End Time"
Brutalną prawdą jest że klasyczny grindcore wciąż potrafi skutecznie zniszczyć. Fani dźwiękowej rzeźni z pewnością zostali zaspokojeni.
10. FLESHGOD APOCALYPSE - "Agony"
Chociaż zawsze z nieufnością podchodziłem do wszytskiego co ma w nazwie "symphonic", to jednak rzymska koncepcja brutal death metalu skąpanego w symfonicznych klawiszach robi niezłe wrażenie.
11. PESTILENCE - "Doctrine"
Jeżeli "Ressurection Macabre" nie dokońca spełniło (ogromne) oczekiwania związane z powrotem technicznej, death metalowej zarazy to tegoroczne wydawnictwo pokazuje że forma Mameliego i spółki zwyżkuje.
12. SAMAEL - "Lux Mundi"
Po (niesłusznie!) skrytykowanym "Above" szwajcarski diabeł wraca do sprawdzonego przepisu na industrialny black metal. Udanie.
13. VADER - "Welcome to the Morbid Reich"
Ten album raczej nie wstrząśnie polską sceną death metalową. To poprostu solidne rzemiosło tytanów rodzimej ekstremy.
14. MORBID ANGEL - "Illud Divinum Insanum"
Ignoranci z miejsca wyrzucili tą płytę na śmietnik przylepiając stereotypową etykietkę "tekno". Tymczasem Morbid Angel nagrał odważny i nowatorski album, mieszając klasyczny death metal z electro-industrialną i powernoisową smołą. Może nie jest to dzieło wybitne, ale napewno pomysł pionierski, godny uwagi. Przyszłość pokaże kto miał rację...
15. MOTORHEAD - "The World is Yours"
Kojarzy ktoś żeby Lemmy nagrał kiedyś płytę określaną jako słabą? "TWiY" nie zdziera papy z dachu, ale z pewnością napoi spragnionych dźwięków Rickenbackera Pana Kilmistera.

Najgorsze:
1. BURZUM - "Fallen"
Zawsze miałem tak że z twórczości Vikernesa najbardziej leżało mi "Filosofem". Wszechobecny brud i smutek zawarty na tamtej produkcji sprawił że płyta stałą się opus magnum na półce "black metal dla smutasów". Po ambientowo-klawiszowych eksperymentach z czasów odsiadki, Varg już jako wolny obywatel Królestwa Norwegii postanowił wrócić do formuły z "Filosofem". "Belus" okazał się produkcją wielce przyzwoitą, słuchalną i rokującą nadzieję że artysta posiada jeszcze spory potencjał. Niestety tytuł najnowszego krążka trafnie określa jego muzyczną zawartość. Totalny brak emocji, klimatu i wogóle czegokolwiek co by odwiodło słuchacza od zamiaru schowania płyty w najgłębszej piwnicy. Słowem wypalony Burzum.
2. LOU REED & METALLICA - "Lulu"
Na czym polega problem owocu kooperacji Reeda z Metą? Pomysł na zinterpretowanie sztuki Franka Wedekinda przez wspólny wysiłek zespołu metalowego i charyzmatycznego barda jest naprawdę znakomity. Problem w tym że podjęły się tego niewłaściwe osoby. Metallica to przecież tak naprawdę potężna machina do zarabiania pieniędzy przez połączenie chwytliwych melodii z alternatywnym, cięższym brzmieniem. Reed to legenda rockowej awangardy, który najlepsze lata ma już za sobą. Diagnoza jest prosta: "Lulu" to znakomity pomysł, ale zrealizowany przez niewłaściwych ludzi. Wielka szkoda że krawaciarze z Columbii postanowili zarobić na szyldzie legendarnych muzyków kosztem  wartości artystycznej. Mój typ to Earth albo Neurosis + David Tibet lub Nick Cave.
3. SEPULTURA - "Kairos"
Słuchając kolejnych produkcji brazylijskiego giganta (już od dawna na bardzo glinianych nogach), mam wrażenie że każda wizyta w studio to udręka. Wymęczone kompozycje w połączeniu z tekturowym wokalem Greena przynoszą na myśl oklepany frazes: "Sepa skończyła się na (tu wstaw swój ulubiony krążek z Cavalerami w składzie)". Smutne.
4. CAVALERA CONSPIRACY - "Blunt Force Trauma"
Jeszcze smutniejsze jest to że kolejną pozycję na liście porażek roku zajmuje album wydany pod szyldem ojców-braci założycieli brazylijskiej legendy. Bez pomysłu, bez sensu i bez nadzieji że Cavaleros kiedykolwiek nagrają coś co dorówna "Roots" czy "Chaos A.D."
5. HAEMORRHAGE - "Hospital Carnage"
Hiszpańscy mistrzowie chirurgicznego goregrinda tym razem nie porywają. Fakt że nie ma tragedii, ale doskonale wiemy że Madrytczyków stać na dużo więcej.














0 komentarze:

Prześlij komentarz